Część I
O ofierze
-Jenny-
Z trudem otworzyłam zmęczone powieki. Zobaczyłam nad sobą drewniany baldachim i cztery kolumienki łoża. Moje ciało zalewały fale szkarłatnej pościeli. W mojej prawej ręce szalała dziwna choroba. Może kończyna była przebita na wylot, może była złamana. Jedyne co wiedziałam to to, że nie mogłam znieść bólu, który sprawiała mi rana i że takiego bólu nie czułam nigdy.
Uderzyły we mnie wspomnienia z poprzedniego dnia. Istoty z piekła, pałac, niezwykłe umiejętności szarlatanów - zmiana ciała czerwonookiej dziewczyny, niezwykła siła i furia chłopaka, wykrycie moich rosyjskich korzeni przez ozdobę tego domu, oblodzenie schodów, prawdopodobnie przez posiadaczkę uśmiechu i oczu grzesznika. Przetarłam twarz ręką, którą umiałam bez problemu ruszać. Czułam, że moje powieki napuchnęly od ilości wylanych łez.
- Bóg mnie nienawidzi... - powiedziałam cicho do siebie.
- Czy to nie jest niemożliwe?
Natychmiast usiadłam na najwygodniejszym materacu, na jakim spałam. Na granatowym fotelu przed łóżkiem siedziała Esme – czerwonooka blondynka. Po lewej stronie łóżka ze ścian wyrastały okna, ukazujące biały, mglisty poranek. To blade światło dodawało sytuacji dziwny klimat. Straszny. Tajemniczy.
- Nie czytałam Biblii, ale coś mi mówi, że Bóg złożył przed wami przysięgę. Tą całą tęczą, arką... Słyszałam o potopie.
Przełknęłam ślinę i odnalazłam struny głosowe w moim ciele.
- Bóg złożył przed nami obietnicę, że nigdy nie sprowadzi na ludzi takiego nieszczęścia...
Esme odłożyła otwartą książkę, której wcześniej nie zauważyłam, na stolik obok fotela.
- A ten cały Bóg... Był z tobą wczoraj?
Zaczęłam się zastanawiać nad pytaniem dziewczyny.
- Ja... Nie wiem...
Esme uniosla kącik ust patrząc na mnie.
- Nie ty jedna.
Byłam wściekła na Esme, za jej słowa. Ale moja złość mieszała się także ze strachem. Bólem. Smutkiem.
- Skąd możesz wiedzieć, że mnie nienawidzi?! On nie odwraca się od swoich dzieci! – niestety, niestety, i jeszcze raz niestety, miałam dość wybuchowy charakter. Ale Esme tylko podparła policzek o swoją dłoń.
- A widział ktoś z was tego Boga?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć na pytanie tej diablicy.
- Masz jakieś pytania?
- C-co...?
- No wiesz... – ogarnęła wzrokiem pokój. – Trafiłaś wczoraj do takiego miejsca jak to. Widziałaś rzeczy, które pewnie ci się nie śniły. Może masz coś, na dobry początek.
Znowu zgubiłam moje struny głosowe.
Esme odetchnęła i zaczęła mowić spokojnie, jak do małego dziecka:
- Nazywam się Esme Amber, to ja cię przebrałam i położyłam do łóżka. Podziękuj Mayi, bo to ona oblodziła schody i przez nią masz złamaną rękę.
- Mayi..?
- To ta brunetka. – więc demon o oczach i uśmiechu grzesznika to Maya.
Odwróciłam głowę, na próżno próbując odciąć się na chwilę od całej sytuacji. Może i wyglądałam spokojnie, ale w środku daremnie próbowałam na nowo poukładać siebie z milionów kawałków.
Po chwili ciszy Esme wstała z fotela.
- Wiesz... Zemdlałaś wczoraj – czerwonooka przesycała każde słowo słodyczą. – A właśnie wczoraj każdy chciał po raz pierwszy spróbować twojej krwi. Zatopić w tobie kły. Jednak my nie żywimy się nieprzytomnymi – mówiła jakby do siebie. Albo do ducha tego pokoju. Na pewno nie do mnie. – Czasem to psuje smak, czasem odbiera przyjemność. Dla mnie to tylko zasada savoir-vivre... – zwróciła się w moją stronę. – Skoro nie masz żadnych pytań, pożywię się tobą – wykonała jeden krok, zanim dotarł do mnie jej zamiar. Odskoczyłam i niezdarnie zeszłam z łóżka.
- Nie czytałam Biblii, ale coś mi mówi, że Bóg złożył przed wami przysięgę. Tą całą tęczą, arką... Słyszałam o potopie.
Przełknęłam ślinę i odnalazłam struny głosowe w moim ciele.
- Bóg złożył przed nami obietnicę, że nigdy nie sprowadzi na ludzi takiego nieszczęścia...
Esme odłożyła otwartą książkę, której wcześniej nie zauważyłam, na stolik obok fotela.
- A ten cały Bóg... Był z tobą wczoraj?
Zaczęłam się zastanawiać nad pytaniem dziewczyny.
- Ja... Nie wiem...
Esme uniosla kącik ust patrząc na mnie.
- Nie ty jedna.
Byłam wściekła na Esme, za jej słowa. Ale moja złość mieszała się także ze strachem. Bólem. Smutkiem.
- Skąd możesz wiedzieć, że mnie nienawidzi?! On nie odwraca się od swoich dzieci! – niestety, niestety, i jeszcze raz niestety, miałam dość wybuchowy charakter. Ale Esme tylko podparła policzek o swoją dłoń.
- A widział ktoś z was tego Boga?
Nie wiedziałam co odpowiedzieć na pytanie tej diablicy.
- Masz jakieś pytania?
- C-co...?
- No wiesz... – ogarnęła wzrokiem pokój. – Trafiłaś wczoraj do takiego miejsca jak to. Widziałaś rzeczy, które pewnie ci się nie śniły. Może masz coś, na dobry początek.
Znowu zgubiłam moje struny głosowe.
Esme odetchnęła i zaczęła mowić spokojnie, jak do małego dziecka:
- Nazywam się Esme Amber, to ja cię przebrałam i położyłam do łóżka. Podziękuj Mayi, bo to ona oblodziła schody i przez nią masz złamaną rękę.
- Mayi..?
- To ta brunetka. – więc demon o oczach i uśmiechu grzesznika to Maya.
Odwróciłam głowę, na próżno próbując odciąć się na chwilę od całej sytuacji. Może i wyglądałam spokojnie, ale w środku daremnie próbowałam na nowo poukładać siebie z milionów kawałków.
Po chwili ciszy Esme wstała z fotela.
- Wiesz... Zemdlałaś wczoraj – czerwonooka przesycała każde słowo słodyczą. – A właśnie wczoraj każdy chciał po raz pierwszy spróbować twojej krwi. Zatopić w tobie kły. Jednak my nie żywimy się nieprzytomnymi – mówiła jakby do siebie. Albo do ducha tego pokoju. Na pewno nie do mnie. – Czasem to psuje smak, czasem odbiera przyjemność. Dla mnie to tylko zasada savoir-vivre... – zwróciła się w moją stronę. – Skoro nie masz żadnych pytań, pożywię się tobą – wykonała jeden krok, zanim dotarł do mnie jej zamiar. Odskoczyłam i niezdarnie zeszłam z łóżka.
- NIE, błagam..! – dopiero teraz zauważyłam, ze byłam przebrana w czarną koszulę nocną, odsłaniającą tylko szyję, nadgarstki i połowę ud. – Mam więcej pytań!
Czerwonooka założyła ręce na piersi i oparła się o drewnianą kolumnę.
- Szybko tracę cierpliwość. Ale ty tu jesteś pierwszy dzień, ofiaro. Dlatego postaram się nie za wcześnie oderwać ci głowę.
- Kim ty jesteś?! Co ja tutaj robię?! Dlaczego JA?!
- Po kolei... Chyba masz słabą pamięć, więc przypomnę ci co mówiła wczoraj Lilith - jesteś po prostu przypadkiem. Czy to nie dziwne, że na parafii zjawia się nagle nowy ksiądz, którego nikt nie zna? Pózniej ten właśnie ksiądz odwozi cię do twojego... „wujka”. Już ci się poukładało?
Jęknęłam w odpowiedzi.
- Porwaliśmy cię, aby... – przerwała, szukając odpowiedniego słowa. – pożywić się tobą.
- Kim wy jesteście...
- My? - uniosła kąciki ust jeszcze wyżej. - Jesteśmy bestiami. Kojarzysz może wampiry? Wilkołaki?
- Dzieci szatana... - na szyi zawsze nosiłam srebrny krzyżyk. Bez zastanowienia rozerwałam łańcuszek i wyciągnęłam zaciśniętą dłoń w stronę istoty.
A ona po prostu spojrzała na mnie, jak na niedoświadczone dziecko. Spokojnie otworzyła moją dłoń i odebrała mi krzyżyk. Rozbujała łańcuszek przed swoją twarzą, pokazując moją bezsilność.
- Łudzisz się, że spłonę? A może sprowadzisz tu aniołków, którzy zatargają mnie pod bramę piekła, co? Nie oceniaj nas tak źle, nie jesteśmy diabłami... Więc przestrzegano cię przed bestiami, wampirami i wilkołakami, tak? Opowiadano ci wesołe bajeczki na dobranoc?
Żarty Esme miały w sobie ziarnko prawdy.
Słyszałam o wampirach i wilkołakach. Niektórzy bardzo w nie wierzyli, niektórzy nie wątpili w ich istnienie, nigdy nie mając okazji się z nimi spotkać, inni uważali, że nie istnieją, mimo, że widzieli rzeczy niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Opowiadano mi bajki, że dzieci z sierocińca, które się nie słuchają są zabierane przez wampiry i wilkołaki.
Kiedy byłam niegrzeczna?
- Kim są bestie?
- To istoty, od których pochodzą wszystkie inne - wilkołaki i wampiry - Esme zaczęła obchodzić łóżko. - To ludzie, którzy potrafią się zmieniać w zwierzęta... Przyjmują ich cechy... - im bardziej się do mnie zbliżała, moje ciało przybliżało się do okien i drzwi balkonowych. – Mogą być zwierzętami... Chcesz przykład? Proszę: mój brat to wilkołak, Maya to bestia-niedźwiedź. A ja jestem wampirem. Ale wampiry od wynalezienia elektryczności tracą moc przemiany w nietoperze... Właściwie to stereotyp... Ja na przykład nigdy nie mogłam się przemienić. Jednak mam transmucię – zamiast Esme widziałam teraz dziewczynę, która spotkałam w tym pałacu jako pierwszą, czyli zielonooką szatynkę. – Pamiętasz mnie? To jedna z moich donum, czyli darów - transmucia. – przede mną znowu stała czerwonooka, blondwłosa Esme. Wampirzyca. – Ale po co ci o tym opowiadam...? I tak jesteś zbyt głupia, żeby to zrozumieć, ofiaro gromady. Chcę cię spróbować. Teraz.
Oparłam się o drzwi balkonu. Jak wijący się robal.
- Wampir... – znów miałam zachrypnięty głos. Mimo strachu próbowałam okiełznać myśli i nieudolnie opanować emocje. – To wszystko prawda...
- Oczywiście, debilko – podchodziła coraz bliżej. Sięgnęłam lewą ręką do klamki drzwi i wypadłam na balkon. Odczułam na skórze chłodne, listopadowe powietrze. Żadnych złotych promieni. Dzisiaj słońce zasłoniły chmury. – Nie uciekaj.
- D-dlaczego mam nie uciekać?
Kucnęła obok mnie. Unieruchomiła moją zdrową rękę, zgarnęła moje loki na jedną stronę.
- Bo tutaj nie ma dokąd uciec.
Miliony małych ostrzy we mnie. Na początku to tylko mały impuls. Pózniej ból rozrywa moje ciało, moją każdą komórkę. Każdy zmysł krwawi. Błagam o śmierć. Szarpię się, ale nie jestem w stanie uciec od kłów wampira, siły Esme. Mogę tylko krzyczeć. Czułam, że moja dusza jest brutalnie odrywana od ciała. Moje krótkie oddechy nie wypełniały płuc. Dryfowałam miedzy śmiercią, życiem i cierpieniem ciała.
Czułam, że umieram.
Oparłam się o drzwi balkonu. Jak wijący się robal.
- Wampir... – znów miałam zachrypnięty głos. Mimo strachu próbowałam okiełznać myśli i nieudolnie opanować emocje. – To wszystko prawda...
- Oczywiście, debilko – podchodziła coraz bliżej. Sięgnęłam lewą ręką do klamki drzwi i wypadłam na balkon. Odczułam na skórze chłodne, listopadowe powietrze. Żadnych złotych promieni. Dzisiaj słońce zasłoniły chmury. – Nie uciekaj.
- D-dlaczego mam nie uciekać?
Kucnęła obok mnie. Unieruchomiła moją zdrową rękę, zgarnęła moje loki na jedną stronę.
- Bo tutaj nie ma dokąd uciec.
Miliony małych ostrzy we mnie. Na początku to tylko mały impuls. Pózniej ból rozrywa moje ciało, moją każdą komórkę. Każdy zmysł krwawi. Błagam o śmierć. Szarpię się, ale nie jestem w stanie uciec od kłów wampira, siły Esme. Mogę tylko krzyczeć. Czułam, że moja dusza jest brutalnie odrywana od ciała. Moje krótkie oddechy nie wypełniały płuc. Dryfowałam miedzy śmiercią, życiem i cierpieniem ciała.
Czułam, że umieram.
0.0 Wow. Wow. Fajne bardzo. Wow. Pieseł zadowolony.
OdpowiedzUsuńK-kocham twój styl pisania 0.0 To... było.. piękne. Szkoda tylko, że do tej pory chyba najkrótsze. Jednak i tak... WOW
OdpowiedzUsuń