O kruku zagonionym do klatki
-Jenny-
Próbowałam wyszarpać moją rękę. Uciec. Zrobić cokolwiek. Ale nie mogłam. Byłam bezsilna. Ta diabolica była zbyt silna. Mogłam tylko rzucać się, krzyczeć, piszczeć, płakać. Błagać.
- Nie krzycz. Esme mogłaby ci wyrwać jednym lekkim szarpnięciem rękę, zdzierając przy okazji skórę z szyi - chłopak za każdym razem, gdy traciłam siłę w nogach, kopał moje pięty.
Dziewczyna nagle skręciła i otworzyła dwuskrzydłowe drzwi, wepchnęła mnie do dużego, oświetlonego światłem zachodu pomieszczenia. Widziałam ciemne tapety. Fotele. Zarysy postaci. Ale zaraz po tym zacisnęłam kolana ze wstydu, a powieki ze strachu przed tym, czego mój umysł nie pojmował.
Słyszałam, jak chłopak zamyka drzwi. A potem nastała cisza zmieszana z moim biciem serca.
Lekkie skrzypienia foteli. Spojrzenia spoczywające na mnie, których liczby nie mogłam nawet odgadnąć.
- Otwórz oczy - usłyszałam polecenie nowego, kobiecego głosu.
Powoli podniosłam powieki.
Zajętych było piec foteli. Dwa przez rodzeństwo, które zdążyłam już poznać. Miejsce naprzeciwko drzwi zajmowała piękna blondynka, od której biła aura majestatu. Siły. Istota jednocześnie dodająca temu miejscu słodkości i uroku. Szmaragowe oczy i złote włosy były jak kamienie szlachetne w obramowaniu jasnej cery i smukłej sylwetki. Prawdziwa ozdoba tego domu. Ktoś szanowany, władczy. Ktoś władający kawałkiem piekła.
Na podłokietniku kanapy zasiadła dziewczyna o długich, ciemnobrązowych włosach. Na początku obserwowała zachód słońca, odwrócona plecami do mnie. Gdy odwróciła głowę, zobaczyłam jasną cerę i niebieskie oczy, w których czaiła się figlarność. Zobaczyłam wesołą, pełną życia duszę. Przez chwilę czułam się dobrze. Spokojnie. Ta dziewczyna była czymś w rodzaju ukojenia. Była szczęściem, obietnicą zabawy. Zmrużyła oczy, gdy mnie zobaczyła. W tym niebiańskim błękicie kryła się rownież inteligencja i ciekawość. Jednak przypomniałam sobie, że anioł nie może mieszkać w domu diabła.
Fotel po mojej lewej zajmowała brazowowłosa dziewczyna w szarej marynarce i spodniach. Patrzyła się na mnie brązowymi, dzikimi oczami w ciernym, głębokim obramowaniu. Po prostu. Bez wyrazu. Odgarnęła ręką włosy z lewego policzka. Miała na nim bliznę. Nie sądzę, że była dobrze widoczna, jednak w tym świetle widziałam ją bardzo dobrze. W tym ciele znajdowała się jednocześnie bestia i elegancka, młoda kobieta.
W tym pomieszczeniu skumulowało się tak wiele emocji - ich złość, nienawiść, siła, głód, byt, którego nie rozumiałam. Mój strach, ale i skryta ciekawość, przed którą zawsze mnie przestrzegano. Nie rozumiałam nic. Ich świata, ich świata kolidującego z moim światem, wykreowanym przez religię i zasady, dlaczego tu jestem. Jestem kimś, kim nie powinnam. Narodziłam się, aby tu trafić? Bóg od początku świata wiedział, że to ja mam zostać poświęcona piekłu?
Rzuciłam się do drzwi. Zamknięte drzwi.
- Wierz mi na słowo, ucieczka nic ci nie da - powiedział znowu aksamitny, kobiecy głos. - Odwróć się - gdy bezsensownie szarpałam za klamkę, silna ręka Jamesa opierała się o drzwi, tuż obok mojej głowy. Popatrzył na moją zapłakaną twarz, poruszał ustami tak, jakby chciał powiedzieć "Przestań". Chyba po raz pierwszy tego dnia zrobiłam coś rozsądnego. Przestałam szlochać, puściłam klamkę i odwróciłam się powoli w stronę piekielnych istot.
Zaryzykowałam spojrzenie na zgromadzonych. Esme rozłożyła się na kanapie, lustrowała mnie swoimi rubinowymi oczami. Blondynka, ozdoba domu podpadła głowę na delikatnej ręczce i uśmiechała się do mnie z politowaniem. Ciemnowłosy duch zabawy wstał i oparł się od tyłu o fotel blondynki. Brunetka w szarej marynarce wstała, założyła ręce, nastroszyła włosy tak, że teraz przypominały grzywę lwa.
- Ile masz lat? - zapytała blondynka obdarzona głosem, który wcześniej wydawał mi rozkazy. A mogę się założyć, że ten właśnie głos szeptał mi złe słowa, namawiał do grzechu i budził w nocy ze słodkich snów, gdy byłam mała.
- Siedemnaście... - poruszyłam ustami nie wydając z mojego wnętrza żadnych dźwięków.
- Ile? - zapytał jeszcze raz najsłodszy i jednoczesnie najgorszy sen poety.
- SIEDEMNAŚCIE - krzyknęłam.
- Skąd jesteś? - zapytała niebieskooki duch ukojenia.
- ... Katolicki sierociniec w Portland.
- Imię - powiedział brązowowłosy demon o głębokim, karmelowym spojrzeniu, ubrany w szarą marynarkę. Usta demona były lekko wykrzywione w kuszącym uśmiechu. Dokładnie tak wąż uśmiechał się do Ewy.
- Jenny Proundmary... - po moich policzkach znowu popłynęły łzy, na mój pochywel, ku uciesze tych stworzeń.
- Więc wszystko zgodnie z zamówieniem - powiedziała złotowłosa ozdoba piekła. - Nie płacz, dziewczynko. Jeszcze na to nie pora. Uwierz mi... jeśli chcesz pożyć dłużej - ani na chwilę z jej twarzy nie zszedł uśmiech.
- Zobacz, Anastasio, ona ma zaciśnięte kolana... szklane oczy... szczęka jej drży - powiedział brązowowłosy demon. - Upewniliśmy się, że otrzymaliśmy to, co zamówiliśmy, teraz bez zbędnego przedłużania rozpocznijmy małe łowy.
Blondynka potarła ręce. Jakbym była czymś smacznym. Obiadem.
- A więc tak chcesz to rozegrać, Mayu? Chcesz jej tego oszczędzić? - mówiła słodko blondynka.
Ciemnowłosy demon powiedział w tej chwili słowa, których nie potrafiłam zrozumieć, jednak miały one piękne, mistyczne i tajemnicze brzmienie, dla mnie - anglosaskiej dziewczyny. Wydaję mi się, że władała jednym ze słowiańskich języków. Urodziłam się w Rosji i choć w języku rosyjskim znam tylko kilka słów, potrafię rozpoznać mojego sąsiada.
- Znacie mnie na tyle, żeby wiedzieć czego się po mnie spodziewać. Poza tym... czy każdy z nas nie był kiedyś, w pewnym sensie, człowiekiem? - istota uśmiechała się, jednak nie sądzę, że te słowa były żartem. Nie sądzę, żeby ktokolwiek w tym pomieszczeniu wiedział, o czym mówiła posiadaczka oczu i uśmiechu grzesznika.
- A wy, czy chcecie zaczynać? - zapytała blondynka.
- Czemu nie... - odparło kruczowłose ukojenie.
- Chcę jeść. Teraz. - powiedział James.
- Jak wyżej, braciszku. - powiedziała Esme.
Znowu wybuchłam szlochem i słonymi łzami.
- Dlaczego ja?! Co zrobiłam?! Dlaczego mnie wybraliście?! - z bezsilności upadłam na podłogę i uderzałam małymi piąstkami w wykładzinę.
- Wiesz... - zaczęło niebieskookie ukojenie. - Wyznaję filozofię, że nic nie ulega zwykłemu przypadkowi. Ale od każdej reguły powinien się znaleźć wyjątek. A w tym wypadku... to ty jesteś wypadkiem. - ukojenie zmieniło się momentalnie w koszmar. Dziewczyna mówiła każdą sylabę, jakby pałała do mnie nie boską nienawiścią. Co ja zrobiłam?! - Ty mógłbyś równie dobrze nazywać się Calamity Jane i mieszkać w poprawczaku dla nieletnich w Teksasie...
- ...Albo - władczyni kawałka piekła o szmaragdowych oczach przez nos w swoje płuca wtłoczyła powietrze. - ... W Rosji... twoja krew ma ten zapach... Prawda?
Czułam, jakby ktoś odciął mi język i wykroił struny głosowe. Anastasia zaśmiała się, widząc moją minę, na której malowało się czyste zdziwienie.
- Znam się na tym, dziewczynko...
- Nie możemy po prostu jej zerżnać? - zapytał James, z pełnym, białym amerykańskim uśmiechem na ustach.
- Niecierpliwy jesteś, James - powiedziała Anastasia. - Więc chyba oddam ci rozpoczęcie...
James z pełnym uśmiechem na twarzy przekręcił klucz w drzwiach i odsunął się ode mnie na kilka kroków.
- Raz... - zaczęła liczyć Anastasia.
James zawarczał, jak bestia z piekieł, a warcząc pokazał zęby. Dwa białe rzędy. Zaostrzone, jak u drapieżnika. Tył jego szyi porósł białym, wilczym futrem.
Ze ściśniętych pięści brunetki o oczach grzesznika zaczynały ulatywać błękitne, prawie białe pręgi światła, niby płomienie. Zdawało mi się, że między tymi pręgami pojawiały się śnieżynki, gwiazdki o ostrych kształtach.
- Uciekaj. - brunetka powiedziała tylko jedno słowo, zachowując przy tym kamienne, głębokie, karmelowe spojrzenie.
Rzuciłam się na klamkę, wypadłam na korytarz. Jednak usłyszałam ciche "dwa". Biegłam w stronę, jak mi się zdawało, drzwi frontowych.
Usłyszałam wycie. Jęk, warczenie psa. Stworzenie podobne do Jamesa rzuciło się w pościg za mną.
- UCIEKAJ PRZEDE MNĄ, OFIARO! - krzyczał zachrypłym głosem.
Biegłam wypluwając płuca, jęcząc z bezsilności. Naciskałam na klamki wszystkich pokoi, które mijałam. A bestia była coraz bliżej.
Zobaczyłam go na końcu jednego z korytarzy. Nigdy nie widziałam tak wściekłej istoty. Ten chłopak nie mógł pochodzić od Boga. Na pięknej twarzy malowała się wsciekłość zmieszana z ekscytacją. Nie tylko jego szyja była schowana w białej sierści, ale rownież nadgarstki i wierzch dłoni. Zielone oczy były rozpalone.
- Uciekaj...
Moje nogi same niosły mnie do przodu. Szybko i sprawiając ból. Zobaczyłam ciemnowłosą, niebieskooką istotę.
Ona śpiewała. Śpiewała anielskim głosem. Jej głos był tak piękny, że nabrałam wątpliwości, czy przypadkiem na prawdę nie jest aniołem.
Byłam w transie. Szlam do przodu. Do niej. Nie byłam świadoma moich czynów. Nie byłam niczego świadoma. Zapomniałam gdzie jestem, co to za miejsce. Mój umysł wypełniała melodia tej istoty.
I nagle motyw ustał. Brutalnie wyrwano mnie z małego snu na jawie, do którego kołysała mnie niebieskooka zmora.
- Dolor. - powiedziała.
I moją klatkę piersiową przeszedł ból, którego nigdy nie czułam. Grzesznicy zesłani do piekła czuli dokładnie to samo, za każdym razem, gdy Belzebub dotykał ich nagich, poparzonych torsów.
Ból ustał. Odepchnęłam zmorę, nie myśląc o konsekwencjach. Jednak dziewczyna po prostu mnie przepuściła. Zbiegałam po stromych schodach, prowadzących do jednego z hall'ów.
Poczułam zimno oblegające moje ciało. Poślizgnęłam się i upadłam przed schodami na prawą rękę. Usłyszałam trzask i zawyłam jeszcze głośniej. Zobaczyłam, że schody obrosły szronem i lodem.
A naprzeciw mnie, z rękami w kieszeniach spodni stała brunetka o oczach grzesznika.
Minęłam ją, jak głupia uciekałam dalej. Wpadłam do innego pomieszczenia. Ciemnego, brudnego miejsca. Upadłam na podłogę łkając i przeklinając wszystkich aniołów za to, że nie są już ze mną.
Usłyszałam odgłos przekręcania klucza. Na mojej drodze do wolności stanęła blondynka o szmaragdowym spojrzeniu - ozdoba domu.
Jęczałam. Wiłam się jak robal przed oprawcą. A ta diabolica po prostu oglądała mnie, jak zwierzę w zoo. Przykucnęła z gracją, objęła moją rękę. Ścisnęła ją, a ja zaczęłam żałować, że przyszłam na świat.
- Ojejku, biedactwo... złamało sobię rękę... - nadal uciskała złamanie, słodko grając przy tym zmartwioną. - I co ja z tobą zrobię?
- Boże... błagam... - dusiłam się własnymi łzami.
- Wiesz... - przestała na chwilę naciskać i spojrzała w moje brązowe oczy. - Bóg cię tu nie widzi.
Z wycięczenia i bólu moje ciało nie mogło być dłużej sprawne. Zamknęłam oczy i odpłynęlam do krainy między domem Morfeusza a Śmiercią.
TE POŚCIGI ,TE KONSPIRY XD (Ania dziś cię wyprzedziłam :p)
OdpowiedzUsuń